niedziela, 3 maja 2015

Miał dać jej siłę, oka­zał się jej słabością.


      Długie godziny spędzone na obserwowaniu Ciebie utwierdziły mnie tylko w przekonaniu, że to nie tylko przelotne uczucie. Nie było to jedno z tych krótkotrwałych emocjonalnych uniesień, wypełniających ciało słodką lekkością.
     Ale chyba za późno to sobie uświadomiłam.
     Nie rozmawialiśmy zbyt często, och, nie przepraszam prawie w ogóle nie rozmawialiśmy, długo zadręczyłam się myślą, czy w ogóle mnie znasz.
     Ale znałeś.
     Każda zamiana z tobą choć, jednego zdania, choć przelotnego ‘’cześć’’ była dla mnie nadzieją, że może kiedyś, nie teraz, ale może za parę lat to coś przeobrazi się w naprawdę potężne uczucie.
     Nasi wspólni znajomi popychali nas ku sobie, w różnych sytuacjach, mnie wpędzając w zakłopotanie a ciebie w  dezorientowanie. Nie miałam im tego za zła, chcieli przecież dobrze. Tego dnia odprowadziłeś mnie do domu, stwierdziłeś, że jesteś mi to winien za ich zachowanie. Nie rozumiałam wtedy  co miałeś przez to na myśli, nie było to jednak ważne liczył się fakt, że mieszkam na tyle daleko, że wspólne półgodziny powinny być dla mnie niczym miesiąc dając przełomowy krok w stronę Nas .
     Całą drogę mówiłeś o sobie co po chwila dopytując, czy przypadkiem mnie nie zanudzasz. Jakże mogłabym tak stwierdzić? Jak mogłabym potwierdzić to wierutne kłamstwo skoro osoba, na której tak mi zależy poświeciła mi choć chwilę uwagi ?
      Doskonale to pamiętam, pokręciłam przecząco głową i szepnęłam zduszone ‘’oczywiście, że nie Naruto-kun’’
      Owszem, moja miłość do ciebie była dusząca, wypełniała mi płuca, które boleśnie upijał żal kiedy nie mogłam oddychać tym samym powietrzem co ty. Nie czując twojej bliskości, nie słysząc twojego głosu, twojego radosnego śmiechu, załadowanego niesamowitą wolą walki i życia.
     Naruto-kun jesteś naprawdę niesamowitym człowiekiem, jedynym, obok którego budzenie się co dzień dawało by mi potwierdzenie, że żyje nie tyle co po coś, lecz dla kogoś.
      Po tym jak rzuciłeś zdawkowego ‘’Na razie’’ stałam tam jeszcze chwile obserwując twoją sylwetkę niknącą w czeluściach miasta, choć ulice oświetlał cały zastęp świateł, zniknąłeś na tyle szybko bym odrzuciła bujanie w obłokach na rzecz wejścia do domu.
      Rzuciłam się na łóżko. Moje sny tamtego wieczora kręciły się tylko wokół ciebie.
      Rano wstałam wcześniej. Umalowałam się delikatnie, na włosy nałożyłam dwukrotną ilość odżywki, założyłam moje najlepsze ubrania.
      Idąc do szkoły przygotowywałam sobie, to co ci powiem.
      Tego dnia złamałeś mi serce po raz pierwszy.
      Kiedy podeszłam do Ciebie by się przywitać patrzyłeś w moja stronę w sposób o jakim marzyłam, wiedziałam, że był to milowy krok w stronę naszej wspólnej przyszłości.
      ‘’Och, Sakura-chan !’’ to wtedy  powiedziałeś. Zamarłam. Zza moich pleców niespodziewanie wysunęła się różowo włosa dziewczyna. Jej szmaragdowe oczy połyskiwały gniewnie, a brzoskwiniowe  usta wykrzywione w  radosnym uśmiechu witały się z Sasuke. Dopiero później wyzywając cię od najgorszych rzuciła w twoją stronę wymijające ‘’chodź bo się spóźnimy’’. Splotłeś ręce na karku, a twoje oblicze zdobił uśmiech mogący równie dobrze rozszczepić ci twarz .
     Nie zauważyłeś mnie w ogóle. Cześć, witaj, jak się masz, nienawidzę Cię . Nie usłyszałam od ciebie nic.
     Zabolało. Tak cholernie zabolało,że dławiące uczucie ogarniające me ciało zastało zmiażdżone dodatkowym  - rozczarowaniem.
    Nie dawałam jednak nic po sobie poznać. Musiałam być silna. Musiałam próbować dalej.


     Nie wiem potem co działo się ze mną dokładnie. Nie pamiętam szczegółów mojego życia, ale chyba ze względu, że nie posiadało ono żadnych szczegółów.
     Rano wstawałam, szłam do szkoły, wracałam jadłam, uczyłam się, szłam spać. I tak w kółko. Moje życie przez kolejne miesiące przypominało bardziej  wegetacje rośliny niż jeżeli życie normalnego człowieka.
    Nauczyciele wyskoczyli z projektem, szczęście, a może właśnie pech sprawił, że mieliśmy robić je razem.  Następny tydzień spędziliśmy razem w domu, raz u mnie raz u Ciebie. Pisałam głównie ja, gdyż zbyt wielkie skupienie na tobie mogło wyjawić moją tajemnicę.
     Choć miałam wrażenie, że ty i tak o niej wiesz. Wiesz, pomimo to ciągle udajesz, że ten problem cie nie dotyczy, że to tylko moje brzemię.
     Jednak subtelną różnicą między nami był fakt, że z tej konfrontacji to ja jestem męczennicą. To ja cierpię każdego dnia patrząc na ciebie.
     To ja dławię się łzami każdego dnia.
     Bo to ja...Cię kocham Naruto-kun!

      A jednak mnie znałeś! W kolejnych miesiącach kręcenie się wokół ciebie sprawiało, że czułam się szczęśliwa.  Nie odwzajemniałeś mojego uczucia, ale...czy tylko o to chodzi ?
       Nie...
       Nie musiałeś mnie kochać, czułabym się żałośnie gdybyś udawał. Robił To z czystej litości . Taki układ ty i ja. Przyjaciele. Zupełnie mi odpowiadał. Nie musieliśmy przed sobą udawać kogoś kim nie jesteśmy.              Nie.
       Ale nasz los rozbiegł się prawie tak szybko jak postanowił się połączyć.
       Poszliśmy do dwóch różnych szkół, moja znajdowała się parę dzielnic dalej...twoja prawie  na drugim końcu świata.
       Wyprowadzałeś się do Ameryki. Nie  poinformowałeś nas wcześniej stawiając przed aktem dokonanym. Pamiętam, wtedy  uściskałam Cię najmocniej jak potrafiłam. W tę jedną chwilę włożyłam wszytko to co do Ciebie czułam, całą miłość, wszystkie wspólnie spędzone chwile, szczęście, wspomnienia, każdą łzę wylaną w poduszkę, każdy mój rumieniec, uciekające spojrzenie. Po prostu wszystko. Tak pamiętam co wtedy powiedziałeś.
     ‘’Hinatka, nie płacz przecież nie widzimy się ostatni raz! Proszę nie płacz, bo i ja będę płakać’’
Te dwa zdania pozwoliły mi Cie wypuścić  na lotnisko, a potem w odległy tak rożny od naszego świat.
Pozwoliły mi nie zapomnieć, że nie wszytko jeszcze stracone. Kiedyś mieliśmy się zobaczyć.  Nie ważne ile to będzie trwało,  ja i tak będę czekać.
       Mijały lata.
       Jednak się nie zobaczyliśmy. Długie lata spędzone w nadziei, że kiedyś,  my razem...
       Poszły na marne.
       Wyszłam za mąż, za mężczyznę, którego nie kochałam. On też mnie nie kochał.  Oboje robiliśmy to z obowiązku, rodzina i nazwisko do czegoś zobowiązuje. 
       I mnie w tym przypadku do zmienienia stanu cywilnego.
       Fuyuki był dla mnie dobry. Z czasem przyzwyczaiłam się do jego dotyku, do tego, że to nie możesz być ty. A później kiedy pojawiło się nam pierwsze dziecko, wiedziałam, że choć nie mogłam być z tobą       Naruto, w  lepsze ręce niż Fuyukiego nie mogłam trafić.
        Narime, była naprawdę wspaniałą córką, nie mogłabym wymarzyć sobie, aby była wspanialsza.    Cięgle...jeszcze czasami zadręczała mnie myśl, że mogła być twoja córką.

       Możliwość wspólnego spotkania rzuciłam w najdalszą otchłań umysłu. Nie dbałam już oto, miałam rodzinę prace, własne życie, Naruto.
       Nie stałeś się jego częścią – trudno. Nie mogłeś ? Oczywiście...
       Najlepiej  wszytko zwalić na niemoc.

A jednak kiedy Cię zobaczyłam wszystkie wspomnienia wróciły tak nagle...
‘’Na-ru-to –kun?’’

I wtedy coś się stało, coś strasznego.

Jedno z aut za mną wpadło w poślizg uderzając z impetem w bok mojego pojazdu. Próbowałam nad tym zapanować.
Bezskutecznie.
Dalej niczym kostki domina potoczył się cały karambol.
Byleś w nim ty.
I nawet wtedy, kiedy moja twarz pociachana była tysiącami kawałków.
A  kość w ręce strzeliła, powodując nieopisany, paraliżujący ból. 
Chciałam być przy Tobie.
Resztkami sił wyczołgałam się z auta.
Rozglądnęłam się .
Wszędzie zapach krwi, swąd palących się ciał, benzyna.
Coś za mną strzeliło. Jedno z aut zajęło się ogniem.

Chwile później Cię zobaczyłam.
Twój samochód był zmiażdżony pomiędzy dwoma innymi.
Podbiegłam jak najszybciej.
Wyglądałeś okropnie.
Złote kosmyki mazane były krwią, podobnie jak cała twarz.

Wtedy pierwszy raz pomyślałam o tym żeby umrzeć.
Naprawdę, w domu czekała na mnie córka i mąż.
A ja myślałam o śmierci, w tej chwili chciałam umrzeć z tobą.
Tu i teraz.
Padłam na kolana, chciałam tej śmierci jak niczego wcześniej.


     Mgła długo nie ustępowała, spowiła cały cmentarz niczym delikatny, blady welon panny młodej. Niestety, nie był on insygnium  Boga, a raczej okrutnej śmierci, która zebrawszy krwawe żniwo, pozostawiła po sobie tą mgłę, mieszającą się teraz ze łzami innych.
    Tamtego dnia zginęło naprawdę wiele osób.
    Do ogromnego dołu została spuszczona trumna wykonana z mahoniu. W zagłębieniu obok leżała trumna, wykonana bardzo podobnie lecz ta była o wiele jaśniejsza.
    Do obu, zaczęły tłoczyć się osoby bliskie, wrzucały one symboliczny kwiat i grudkę ziemi.
    Tego dnia wylało się naprawdę wiele łez. Łzy nie mogły ich uratować, ale mogły chociaż oddać cierpienie tych osób,  które za nimi będą tęsknić do końca ich własnego życia.
    Narime wtuliła się w nogę taty choć nie do końca rozumiała po co tu jest, ale chciała tu być.
    Była jej kolej, mocniej ścisnęła kwiat lilii, podeszła do zpadzoska i z dziecięcą delikatnością wrzuciła kwiat; spadł on odbijając się od drewnianej powierzchni trumny. Rzuciła mu ostatnie spojrzenie, poczuła się nagle jakby widok kwiatu mocno ją oślepił i wróciła z pośpiechem do taty. W jaśniutkich oczach stanęły łzy.
   Niedługo później przy obu kopczykach stanęły tabliczki .
   Na jednej z  nich, prostym pismem złocił się napis Uzumaki Naruto .
   - A tu kto leży? - Niewinnie, wskazała paluszkiem w stronę drugiego kopczyka .
   - Uchiha Sasuke, był...był bliskim przyjacielem Naruto.
   Dziewczynka wbiła wzrok w drugą mogiłę.
  - Narime, czy mogę cię o coś prosić?
  - Mhm...- niepewnie skinęła głową.
  - Obiecaj mi, że...będziesz tu przychodzić, nawet kiedy ja już nie będę móc.
  - Dobrze.- Słodki uśmiech wstąpił na twarz Narime, rozjaśniając ją.
     Hinata spojrzał na córkę. Była w drugiej ciąży. Chwyciła dziewczynkę za rękę i ruszyły przed siebie wybrukowana scieżką.
      Prawda była taka, że Sasuke i Naruto byli ze sobą, wtedy, podczas tego wypadku Naruto jechał do niego. 
      Sasuke kiedy dowiedział się o jego śmierci, w dwa dni później  popełnił samobójstwo.
       Pochowano ich obok siebie. Naruto by tego chciał, choć Itachi miał wątpliwości. Koniec, końców jednak się zgodził.
       Hinata przystanęła na chwilę i wbiła wzrok w niebo.
     ,,Miłość...to taka zabawna rzecz  ona tak szybko daje, śmierć zaś szybko odbiera.''
     Spojrzała na córkę, ona również patrzyła w niebo.
    - Mamo...kochałaś pana Uzumakiego? 
 -   To, że kogoś kochamy wcale nie nie oznacza, że jest on nam przeznaczony.


One-shot autorstwa Cherlyn, przeniesiony z Opowiadania-ronie(OR)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

layout by Sasame Ka